Lubię kiedy zapachy przywołują wspomnienia. A jesień jest wyjątkowo wspomnieniowa. Obecna pachnie świętami sprzed dwóch lat. Słodko. Żadnych wyjątkowych wydarzeń. Zwykłe życie, inne od współczesności. Jeszcze studia, jeszcze teatr, jeszcze więcej swobody na co dzień i w umyśle.
Leżę na połówce nierozłożonej kanapy. Czuję jak różowy płyn przebija się przez krew w żyłach. Rozcieńcza ją, zagęszcza. Rozluźnia ścianki krwistych korytarzy. Rozlewa się. Czuję się lekko. Pod przymkniętym powiekami zaczynam delikatnie „na niby” wirować. Coraz szybciej, aż pędzę szaleńczo i otwieram oczy ze strachu przez tą prędkością. A później znowu zamykam, i tak ciągle i ciągle. Bawię się tym. Sprawia mi to przyjemność. Myśli brak. Tak jest dobrze.
A gdzie się podział TWÓJ TEATR?
- Och – infantylnie zaczerwieniona twarz blond dziewczęcia – Och – powtórzyła jeszcze ciszej.
Być może to wystarczy na wyjaśnienie. Teatr mam teraz w snach i… myślach pełnych nadziei.
- Hmm… Tak daleko..? – surowy wzrok spod opuszczonych na nosie przyciemnianych okularów.
- Nie. Tak blisko. – odpowiadam.
Teatr przechadza się ulicami mojego niedużego miasteczka. Przysiada na ławeczkach w parku, wymusza zatrzymywanie się samochodów na przejściach dla pieszych, nawet czasem przyspieszonym krokiem ucieka za róg przed czujnym okiem stróża miejskiego. Na niewielkim placyku z kostki brukowej przed nowoobecną, tęczową fontanną krzątają się pospiesznie postaci komedii dell’arte. Na pustym po 17 placu parkingowym zastygły wychudzone, czarne sylwetki aktorów teatru współczesnego. Ich twarze zamarły w wykrzywionych grymasach. Chyba będą przekonywać przechodniów o przykrym obowiązku życia.
- A tam, – wskazuję palcem miejsce przed jedną ze szkół niedaleko centrum – tam barwne, pstrokate podłoże kontrastuje z dekadenckimi strojami pracowników korporacji.
I dopisz sobie sama resztę. Pędząc do Domu, gdzie każda próba… sił ogranicza twoją potrzebę działania.
Ja już przysypiam, gdy zza ściany sen dogania urywany odgłos nadciągającej pobudki.
Zanim na dobre zawitałam w moim nowym mieszkaniu w miasteczku Hjalmar, kilkukrotnie krążyłam po nim, przyglądając się jego mieszkańcom. Była to miejscowość niewielka. Z rodzaju tych, w których każdy każdego zna. Wszyscy znali również tych kilkanaście dziewcząt, zamordowanych tutaj w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Mieszczanie od początku wydawali mi się dziwni. Szczęśliwi. Jakby nieświadomi tego, co tak nie dawno się tu stało i co nadal przecież wisi nad nimi w śmiertelnej kreacji. Nie rozumiałam tego. Jednak już po kilku dniach spędzonych z nimi, wiedziałam jak wielkim karmią się kłamstwem i postanowiłam wyciągnąć ich z jego otchłani.
We wtorek rano rozpoczęłam rozmowy z napotkanymi na ulicy ludźmi. Z początku sprawiali wrażenie niewierzących w moje słowa. Te słowa, które niosły prawdę, że nie były to przypadki, ale morderstwa, a one według praw wszystkich państw świata są uznawane za przestępstwa. Że mordercę trzeba ścigać, bo może zaatakować w każdej chwili jeszcze raz i kolejny raz odbierać dzieci swoim rodzicom, żony, przyjaciółki… Do części z nich dotarły moje słowa, część odrzuciła je. W krótkim czasie w Hjalmarze wybuchła ideologiczna wojna i zwolennicy prawdy nie mogli już znieść istnienia kłamstwa w otaczającym ich świecie. Dziwiłam się, że oświecenie jakie ze sobą przyniosłam nie dało ukojenia, nie wywołało oczyszczenia, na którym można by budować na nowo. Ukarać winnych, nagrodzić bohaterów, wyrównać stosunki. Jedni tego pragnęli, drudzy natomiast zdawali się nie wierzyć, że prawda zmienia świat na lepsze.
Zgorszeni i zawiedzeni „prawdomówcy” w końcu zdecydowali się odejść, by poszukać odpowiedniego dla siebie miejsca. Byli zdeterminowani. Zapomnieli jednak o tym, że za sobą zostawiają ludzi, którzy darzą ich głębokim uczuciem i nie mogą bez nich żyć. Ci właśnie postanowili poświęcić najcenniejsze co posiadają, by zatrzymać ukochanych. I wtedy dopiero zaczęła się prawdziwa tragedia dla Hjalmaru.
—
GREGERS Jadwinia nie zginęła na próżno. Widział pan, jak śmierć wyzwoliła w nim wszystko wzniosłe?
RELLING Większość ludzi ma wzniosły wyraz twarzy, gdy stoją w żałobie nad trumną nieboszczyka. Czy sądzi pan, że ten wzniosły nastrój potrwa u niego długo?
GREGERS Powinien trwać i wzmagać się z czasem.
RELLING Za kilka miesięcy mała Jadwinia będzie dla niego jedynie tematem do deklamacji. Pomówimy, gdy pierwsza trawa zwiędnie na jej mogile. Usłyszy go pan łkającego i deklamującego o dziecku, które wydarte zostało przedwcześnie ojcowskiemu sercu. Zobaczy pan, jak się będzie lubował wzruszeniem, podziwem dla siebie samego i ubolewaniem nad sobą. Zobaczy pan!
GREGERS Jeśli pan ma rację, a ja nie, to nie warto żyć.
RELLING Ach, życie byłoby wcale nie najgorsze, gdyby nam tylko oszczędzono tych kochanych wierzycieli, którzy nachodzą nasze skromne mieszkania prezentując postulaty ideowe.
Fragment dramatu Henrika Ibsena „Dzika kaczka”, w przekładzie Jacka Frühlinga.
Od samego początku historii teatru, czyli od czasów starożytnych, komedia zawsze miała formułę bardziej otwartą, niż tragedia. Zasady, które w tak rygorystyczny sposób tworzyły ograniczenia dla gatunków tragicznych, nie dotyczyły komedii. Ta jedna cecha, pojmowana szeroko, pozwala nam określać gatunki komediowe, jako nie-tragiczne.
Komedia daje możliwość skorzystania z dużo większej różnorodności stylistycznej. Kompozycja utworu jest luźna, dzięki czemu istnieje możliwość wprowadzenia wielu wątków pobocznych i scen epizodycznych. Akcja osadzona jest w rzeczywistości codziennej, bliskiej widzowi, bohaterowie natomiast są ludźmi przeciętnymi, ukazanymi w pełni swoich zalet i wad. Komediowy stosunek do świata oparty jest na dystansie i pobłażliwej ironii dla panującego w nim porządku i jego powagi. Oglądający może jednak spodziewać się pomyślnego rozwiązania konfliktów i kryjącego się w nim pouczenia o charakterze moralnym, które potwierdzi owy ogólnie akceptowany porządek świata. I, co chyba najważniejsze, założeniem gatunku komediowego jest wywołanie u widzów śmiechu, dzięki wprowadzaniu komicznych sytuacji, charakterów postaci, rozwiązań językowych.