Końce są początkami. Rozstania są możliwościami. Z dawna wyczekiwane podgrzewają duszę. Do czerwoności - to myśląc Anka wyprosiła benkowego brata za drzwi, po czym wróciła do łóżka i wtopiła twarz w miękką poduszkę.
————————————————————————————–
Pani Ania z pierwszego piętra. Mówią, że ubiera się i zachowuje bardzo niepoprawnie. Kobiety nią gardzą. Mężczyźni pragną jej bądź dziko pożądają, w zależności od tego czy dopuszcza ich czy nie dopuszcza do swojego łóżka. Po okolicy chodzą na jej temat najróżniejsze plotki. O tym jak w środku nocy nie do końca ubrana wybiegła na ulicę, wykrzykując za niedostatecznie dobrym kochankiem kompromitujące go wyzwiska. I o tym, że niby to przypadkiem dotyka mężczyzn w różne miejsca, zapraszając ich w ten sposób do erotycznych zabaw w swoim mieszkaniu. Podobno nie spotyka się z nikim na stałe, chodź „ściślej wtajemniczeni” donoszą, iż właśnie zaszła w ciążę i niedługo należy spodziewać się ślubu. Co większość komentuje krótkim: Ma za swoje.
Wszystkie te opowiastki dowodzą, że mieszkańcy naszego przygnębiającego osiedla nie mają pojęcia, kim jest Pani Ania. Ludzie nie wiedzą również o tym, że będąc wieloletnią sąsiadką Ani stałam się jej prawdziwym powiernikiem.
Mówiła mi o wielu sprawach. Zwykle nieprzyjemnych. Dusiły ją długie opowieści. Te, które wydobywały istotę rzeczy, wyjaśniały morał. Wiem, że nawet delikatny dotyk włosa, oplecionego przez przypadek wokół nadgarstka, przywodzi jej na myśl zaciśnięty żelazny łańcuch. Powiedziała mi o uczuciu duszenia pojawiającym się zbyt nagle, by móc je powstrzymać ostatnim głębokim oddechem. Mówiła o wizjach, w których części ciał, najczęściej głowy, opadają swobodnie na ziemię, turlając się następnie przy dźwiękach subtelnej muzyki. Opisywała mi sceny teatralne, niemożliwe do zrekonstruowania przy swojej krwawej puencie, które niemal bez przerwy reżyserowała w swojej głowie. Mówiła o złości, której nie potrafi wyładować w żaden inny sposób i z prawdziwą pasją w oczach prowadziła mnie do sypialni.
Tamtego dnia było jednak inaczej. Wtedy, gdy przyszedł do niej narzeczony Benek, który w rzeczywistości Benkiem nie był. Tamtego dnia Ania prawdziwie cierpiała, a ja nie rozumiałam dlaczego. Krawędzie mebli były dla niej wtedy zbyt ostre. Wdzierały się kaktusowymi kolcami w napuchnięte ciało. Jedynie miękkość mogła uśmierzyć ten ból, więc szukała jej w szaleństwie. Moje ciało było kościste. Gdyby było inaczej podarowałabym je jej. Gdyby nie wrzasnęła:
- nigdy więcej!
Po tygodniu wszystko wróciło do normy.
- dopóki Benio nie zechce się przyznać. - powiedziała wtedy.
Moje czerwone myśli postanowiły wszcząć na mnie zmasowany atak. Jako pierwszy przypomniał mi się moment, gdy dowiedziałam się, że mój narzeczony ma żonę.
To był zimny dzień. Gotowałam obiad tylko dla siebie, bo Benia dziś nie było w mieście. Nagle, dzwonek do drzwi. A za drzwiami bliźniak. Prawie taki sam jak Benek. Otworzyłam. Spojrzał na mnie wzrokiem pożądania. W jednej sekundzie postanowiłam się jemu poddać.
- to ty? - zapytałam przekornie.
- tak - rzucił natychmiast.
Stosunek był niedługi, chaotyczny. Niesmaczny był. A jednak co nieco podobało mi się w tym niby-Benku. Pasuję do kategorii mężczyzn, do marsjańskiej kategorii - pomyślałam wtedy. Bardziej nawet chyba niż do płci pięknej i głupiej. Dla mnie, tak jak dla przeciętnego faceta, do seksu wystarczy ciało. I nie oczekuję od partnera bogatej duchowości, wysokiej moralności, ani umiejętności zaplanowania jednodniowej wycieczki, jak i całego wspólnego życia. Bo co jedno ma do drugiego - zupełnie nie rozumiem. Panie robią sobie na złość szukając w mężczyznach głębszego „ja”, zamiast korzystać z przyjemności.
Tak więc teraz bliźniak leży obok mnie, a ja rozkładam na części pierwsze jego ciało. Z tej, bezwładnie leżącej w pościeli substancji człowieczej, zdarłabym tylko skórę. Miękką, chłodną, wolną od pryszczy, wystających pieprzyków, blizn i przebarwień. Gdyby udało się ją ściągnąć, nacinając przy samym karku i ramionach, ale zachować w jednym kawałku, aż do pośladków. Tę skórę naciągnęłabym na plecy Ediego. Dodałabym linię szyi i kształt głowy Mirosława, z zeszłorocznego lutego i przyozdobiłabym czupryną Tomka. Ramiona Katarzyny - myślę, że będą pasować. Stopy Mariuszka, ale nieruchome. Bo od stawów skokowych po sam pępek ciało ideału posiada znaczny brak. Brak o tyle dotkliwy, o ile obejmujący najważniejsze części mężczyzny. Rozmarzyłam się nad cielesnymi puzzlami, a bliźniak Benia poruszył się leniwie. Otworzył oko i spostrzegł świadomość w rysach mojej twarzy.
- wiesz, że nie jestem nim.
- wiedziałam do początku.
- skąd?
- bo umiałeś skłamać. Benek by tak nie potrafił.
Bliźniak ze zrozumieniem pomachał głową.
- gdzie on?
- wyjechał.
- do żony…? - śmiejąc się wydusił - co nie wiesz, że ma żonę? - dodał spostrzegłszy znak zapytania wyrysowany w mym wzroku.
Teraz już wiem. Bardzo niewiele póki co, ale niedługo się na to coś zaradzi.
Uderzyła mnie powracająca zieleń. Nie widziałam już w myślach cielesności w naturalistycznym odcieniu, którą można pokroić i pozszywać na powrót, przyglądając się wyciekającej z ran krwi. Brunatnej. Podniecającej. Zgubiłam czerwień myśli, gdzieś za sklepem spożywczym, a kiedy dotarłam do domu, były już ohydnie szare, jak wszystkie bloki na moim osiedlu.
Jechaliśmy pociągiem, ja, a naprzeciwko mnie ona. Niby-skóra nieznośnie wyprofilowanych siedzeń przyklejała się do naszych obnażonych ud. Ciepło było. Niebo niebieskie. Las za oknem zielony. Zieleń wypełniała przestrzeń zabrudzonego okna. Wiosna była już pełna. Postanowiłem wyznać jej prawdę. Może tym razem nie zabraknie mi odwagi.
- mam żonę.
Aniusia patrzyła - na moje oko - gdzieś w przestrzeń między krawędzią siedzenia pomiędzy moimi nogami, a podtrzymującym zbyt luźne spodnie paskiem. Zrobiło mi się tam gorąco, ale siedziałem nieruchomo. Za oknem nadal zielono, a Anuśka wyskoczyła nagle.
- wiem. Dawno wiedziałam o tym.
I Aniusia spojrzała w to buchające zielenią okno, ale nijak owej zieleni nie mogła już dostrzec. Tylko czerwień widziała. A w tych makowych liściach drzew i w gąszczu karmazynowych krzewów, na tle burakowej trawy zobaczyła czerwonego od stóp do głowy człowieka. Wtedy Anusi oczy zapłonęły, a ja po raz kolejny zacząłem zastanawiać się cóż to oznacza.
————————————————————————————–
“Wolę brzydotę, jest bliżej krwiobiegu”
- Stanisław Grochowiak
Benek siedział naprzeciwko. Pociąg jechał, pozostawiając za sobą smugę smrodu. Błękit nieba uderzał w moje oczy swym nieznośnym pięknem. W tym czasie nie mogło wydarzyć się już nic, poza rytmicznym turkotaniem kół po torach i ściekaniem coraz niżej i niżej kropli potu spod benkowego kolana po benkowej owłosionej łydce. Ale Benio był dziś zdecydowanie zbyt piękny, by można było spojrzeć mu w twarz, zamiast gapić się w krocze. Nawet w momencie gdy powiedział.
- mam żonę.
A ja odparłam.
- wiem. Dawno wiedziałam o tym.
Benek zaczął mi się teraz uważnie przyglądać, jakby chciał dostrzec choć cień cierpienia, żalu, przygnębienia. W końcu więc spełniłam jego pragnienie i podniosłam wzrok spoglądając ze smutkiem. Wtedy odważył się lekko zmarszczyć brwi i odchylając jednocześnie energicznym ruchem głowę do tyłu, powiedział.
- skąd wiedziałaś?
Dotknęłam jego słonego kolana. A Benek właśnie zauważył wyłaniające się spod letniej spódniczki kościste kolanka dziewczyny, siedzącej obok. Nie miałam czasu mówić. Wysiadłam na następnej stacji. Zostawiłam go tam, jak psa - bez pana, bez kości, bez budy, a nawet bez smyczy i kagańca.